Reklama
Registrace do Firmy a instytucje

Lukáš Bauer: Potrzebujemy jednego dobrego wyniku. Potem już się rozkręci. foto: pzn.pl, Anna Karczewska

03.02.2021
Šipka

Lukáš Bauer: Potrzebujemy jednego dobrego wyniku. Potem już się rozkręci

Już 22 lutego startują w niemieckim Oberstdorfie mistrzostwa świata w narciarstwie klasycznym, na które wybierają się również polscy biegacze. W tym roku nie idzie im tak, jak by chcieli, i zdecydowali się nawet zrezygnować z Tour de Ski, ale czeski trener pracujący dla polskiej reprezentacji Lukáš Bauer w swoją drużynę wciąż wierzy.

„Staramy się zbudować formę, żeby tam zrobić dobry wynik” – powiedział w wywiadzie dla i-region.eu czterdziestotrzyletni Bauer, który ma na koncie jeden srebrny i dwa brązowe medale olimpijskie oraz dwa srebra z mistrzostw świata. Dla polskiej drużyny pracuje od dwóch lat.

Jak zadowolony jest Pan z dotychczasowego przebiegu sezonu?

Zupełnie zadowolony nie jestem. W zeszłym roku, podczas pierwszego sezonu z polską drużyną, zamierzyliśmy wysoko i mieliśmy nadzieję, że co roku będziemy mierzyć jeszcze wyżej. A na razie nic na to nie wskazuje, jeśli chodzi o nasze top lokaty.

Czyli wyniki nie są takie, jak Pan sobie wyobrażał?

Do Tour de Ski, które zaczęło się na początku stycznia, prawie wszyscy polepszyli swoje zeszłoroczne wyniki. Na przykład Dominik Bury był w Kuusamo pięćdziesiąty pierwszy, miał o minutę mniejszą stratę do zwycięzcy niż przed rokiem, a i jego czas był niemal  identyczny, ale wciąż jest to miejsce pięćdziesiąte pierwsze, co szczerze mówiąc niezupełnie jest moim motorem napędowym i tym, co chciałbym z Polakami osiągnąć.

Wierzy Pan w zmianę?

Musimy być cierpliwi, zrobiliśmy postępy, ale wszystkich interesują wysokie lokaty. W zeszłym roku mieliśmy trzy wyniki w elitarnej dwudziestce a na Tour de Ski dostaliśmy odpowiedni drive. W tym roku jest poprawa, ładny postęp, ale nie ma niczego, co by nas wykopło w górę. Do Tour de Ski brakowało jednego topowego wyniku, od którego byśmy się odbili. Rok temu wraz z dobrym wynikiem zapanował w drużynie spokój, chłopacy widzieli, że to działa. To była baza do następnych wyników. Wierzyliśmy, że na Tour de Ski się tak stanie i w tym roku, że doczekamy się topowego wyniku i popłyniemy na tej fali, ale tak się nie stało. W pierwszym etapie w sprincie mieliśmy lepsze wyniki niż rok temu, ale drugi etap był pechowy i od tej chwili czułem, że jesteśmy tylko tłem. Zawodnicy przestali w siebie wierzyć.

Dlaczego zrezygnowaliście z udziału w Tour de Ski?

Cały czas czekaliśmy na punkty, co postrzegałem jako granicę psychologiczną. Myślę, że w Tour de Ski drużyna straciła drive, posypała się psychicznie i ja podjąłem decyzję o rezygnacji. Była to ciężka decyzja. Potem zmieniliśmy plan przygotowań, teraz jesteśmy we Włoszech i znowu próbujemy od zera wybudować formę, żeby zrobić dobry wynik na mistrzostwach świata. Potrzebujemy jednego dobrego wyniku. Potem się rozkręci.

Z czego bylibyście na mistrzostwach zadowoleni?

Gdyby Dominik w wyścigu indywidualnym zakwalifikował się do dwudziestki. To wysoki cel. I przede wszystkim, żeby chłopacy zaczęli w siebie wierzyć. To jak w piłce, gdy nie działa szatnia i gracze wychodzą na boisku z pochyloną głową, nie mogą wygrać. Tak się stało na Tour de Ski, gdzie nie udało mi się podnieść ducha.

Niedawno pojawiliście się z polską reprezentacją na krajowych mistrzostwach. Było to dla was ważne?

Och, tak. Chcieliśmy, żeby wszyscy widzieli reprezentację na żywo. To ważne dla przyszłości. Zanim przyszedłem do drużyny narodowej, Polacy na krajowych mistrzostwach prawie nigdy nie startowali, ale młodym zawodnikom musiało tego potem brakować. Ważne, żeby widzieli, jak szybcy są reprezentanci. Krytycy mogą mówić, że są słabi, gdy skończą w Pucharze Świata na sześćdziesiątej pozycji, ale jak mogą się z nimi zmierzyć, to nagle widzą, jak szybcy w rzeczywistości są i co polskie narciarstwo musi jeszcze nadgonić.

Jest Pan w polskiej drużynie drugi sezon. Czuć większe ciśnienie?

Ze strony mediów nie. Mimo wszystko w Polsce w centrum zainteresowania są głównie skoki. Wyszedł o nas jakiś artykuł, że zrobiliśmy postępy, była wzmianka o Dominiku, ale żeby z nami często robiono wywiady, to nie. Z tej perspektywy nie ma ciśnienie. Przychodzi ono raczej ze strony zawodników i ich oczekiwań. Po zeszłorocznym sezonie czułem, że wierzą w nasz system. Osiągnęliśmy wyniki dla niektórych wręcz niewyobrażalne. Na przykład Dominik Bury był do tego czasu czterdziesty pierwszy, a nagle, po kilku miesiącach pracy w nowym zespole, znalazł się na dziewiętnastej pozycji. Deptał po piętach swojemu rówieśnikowi Michalowi Novákowi, z którym przez dwa lata nie miał szans. To chłopaków naładowało i szło im. A z większym zapałem przyszły też większe oczekiwania.

Ciężko je spełnić?

Zbroimy się na igrzyska. Ale to praca długofalowa, bo nikt nie śpi i wszyscy się przygotowują. Zwracałem chłopakom na to uwagę. Może myśleli, że przyjdą i od razu będą jeździć w pierwszej dwudziestce, ale tak to nie działa. Wracając do Tour de Ski, tam moim zdaniem nie było wcale źle, ale zawodnicy oczekiwali od siebie więcej. Byli rozczarowani, gdy jeździli w ostatniej trzeciej, tyle że na Tour kiepscy narciarze nie startują, tych najsłabszych tam po prostu nie ma. To że mogli się tam zmierzyć, było dla nich ogrombym doświadczeniem. Ktoś musi być z tyłu, ale to nie znaczy, że w klasycznym wyścigu Pucharu Świata by też byli na końcu. Niemniej Tour de Ski nie pomogła ich psychice. Mówili, że jeździli kiepsko. Ja przedkładałem kontrargumenty i oni potem sami przyznawali, że dali się trochę ponieść. Nie poklepuję się po ramionach, że jeździmy super. Absolutnie nie, jestem ambitny, ale nie uważam, żeby to była jakaś katastrofa.

Najbardziej znanym nazwiskiem polskiego teamu jest 31-letni Maciej Staręga. W jakiej jest formie?

Jemu nie szło w zeszłym roku tak, jak sobie wyobrażał. Potem złapał trochę punktów i koniec sezonu miał lepszy. Wszyscy mamy od Pana Boga jakieś karty i musimy nimi grać. Ja nigdy nie byłem dobry w sprintach, byłem tempowcem i w sprintach się nigdy nie podciągnąłem. Maciej ma zupełnie na odwrót. Ale sprint to domena młodych wilków, bardzo szybkościowych. W zeszłym roku zdarzyło mu się nie zachować zimnej krwi, ale teraz osiąga wyniki i trzyma drużynę nad ziemią. Pod tym względem się nasza sytuacja poprawiła, zobaczymy, jak to będzie wyglądać przez resztę sezonu.

Tegoroczny sezon jest inny przez koronawirus. Dużo trudniejszy?

Trudniejszy jest. Mieliśmy z tym problem już latem i jesienią, to trudne dla psychiki. Trenujesz, ale nie wiesz, czy zawody w ogóle się odbędą, czy drużyna tam dotrze. W jakimś kraju mogą ogłosić lockdown, nigdy nie wiadomo, co się stanie. Przygotowywaliśmy się ze świadomością, że tegoroczny sezon może się nie odbyć, ale jednocześnie nie chcieliśmy brać takiej możliwości pod uwagę.

Co do samego sezonu, sytuacja rozwija się bardzo dobrze. Straciliśmy jeden wyścig w Lillehammer, ale poza tym wszystko się odbyło. Jest to nieprzyjemne, że trzeba w kółko chodzić na testy, przed odlotem, po przylocie, jest się w bańce, cały czas się czegoś pilnuje, chodzi się w maskach, ale z drugiej strony oprócz tych testów to wszyscy mają tak samo. Zwykłym ludziom to komplikuje życie, ale na nasz sport ma to minimalny wpływ. Polski związek i ministerstwo tworzą dla nas świetne warunki, pod tym względem nam koronawirus nie zaszkodził.

Wkrótce upłyną dwa lata od kiedy przejął Pan polski zespół. Było ciężko się przyzwyczaić do tej funkcji, zwłaszcza w obcym kraju?

Miałem doświadczenia z prowadzeniem drużyny. Przez pięć lat budowałem zespół maratoński, w którym działałem na wszystkich polach. Ale nie trenowałem przez 365 dni w roku. W Polsce to moja praca, muszę mieć pod kontrolą wszystkich sportowców. Z reguły są rozdzieleni na dwie drużyny, którymi muszę kierować, pisać plany treningowe i zajmować się komunikacją. To chyba trudniejsze niż myślałem. W Czechach byłem zawodnikiem i to często bywa tak, że sobie myślisz, jak masz ciężko, a trenerzy lekko, ale jak się pojawisz po drugiej stronie, to nagle odkrywasz, jakie to skomplikowane i co w ogóle trener musi w swoim czasie robić. Musiałem wymyślić system, jak to wszystko ogarnąć i pokierować. Mam też asystenta do pomocy.

Ale nie był to aż taki problem, o czym świadczą zeszłoroczne wyniki. Musieliśmy jednak się poznać, zarówno ze sportowej, jak i ludzkiej strony. Chociaż Czechy i Polska sąsiadują ze sobą, niektóre rzeczy się różnią i reakcje były inne niż oczekiwałem. Nawet teraz zdarzają się momenty, gdy nie wiem, jak zareagować. Trzeba było trochę poustawiać, przyszedłem z nowym systemem, w który wierzę. Zadziałało, ale musimy go utrzymać w pozytywnym nastrojeniu. Chłopacy się natrenowali i nie wolno im się poddawać, bo teraz coś nie wyszło. Oceniać będziemy po wynikach na mistrzostwach świata.

Nie miał Pan wcześniej żadnych ofert z czeskiej strony?

Propozycja zostać trenerem czeskiej reprezentacji się nie pojawiła. Rok wcześniej, zanim zwrócili się do mnie Polacy, próbowałem w Czechach zostać kierownikiem sportowym. W zespole maratońskim ciągnęło mnie bardziej do załatwiania spraw niż żeby marznąć na zewnątrz z zawodnikami, musztrować ich i rozwiązywać problemy, które rozwiązuję teraz. Ale nie przyjęli mnie.

A potem przyszła propozycja z Polski?

Tak. Byłem miło zaskoczony. Nie ukrywałem, że do trenerstwa mnie nie ciągnie, ale po tej drużynie maratońskiej czułem, że czas na zmianę i rozwój w innym kierunku. Podniosłem więc rękawicę i już drugi rok walczę. Widzę, że bycie trenerem to niekończący się proces, podczas którego raz się jest na górze, a raz na dole. Bardzo się w tym spełniam, ale kiedy nie wychodzi, oczywiście nie cieszy mnie to, tak samo jak zawodników. O tyle mam trudniej, że nawet jak jestem smutny, muszę ich dalej motywować. To wielka różnica. Umowę mamy do igrzysk olimpijskich w przyszłym roku. Jeśli nic się nie zmieni, chciałbym do Pekinu dociągnąć.

Do jakiego poziomu by Pan chciał polski zespół doprowadzić?

W sporcie nigdy nie wiadomo, jakie będą limity. W każdym razie zadanie od związku brzmiało tak, że sztafeta ma skończyć w pierwszej ósemce i że ma się pojawić kilka świetnych wyników indywidualnych. Dominik cieszyłby się, gdyby znalazł się na mistrzostwach w dwudziestce i podobny cel wyznacza sobie na olimpiadę.

Przejąłem team w zeszłym roku i sam wiem, jak długo mi zajęło przebić się z wynikami na szczyt. To o wiele dłuższa praca niż na dwa czy trzy lata. Jestem przekonany, że na przykład Dominik długo nie osiągał sukcesów, do których miał potencjał, co się w zeszłym roku potwierdziło. Pytanie, gdzie jest szczyt możliwości zawodników.

I jeszcze co do sztafety. Na ostatnich mistrzostwach w roku 2019 Polacy sztafety nawet nie wystawili. Tym większym wyzwaniem to teraz będzie, trzeba będzie dobrze się zastanowić. Polacy nie startowali też w wyścigu na pięćdziesiąt kilometrów, ale ja chcę, żeby wystąpili we wszystkich dyscyplinach.

Kusiłoby Pana wrócić do domu i poprowadzić Czechów?

Myślę, że by kusiło. Czy się chce czy nie, serce tam zostanie na zawsze. Obecny zespół traktuję jako swój, za który jestem odowiedzialny. Mam na czapce biało-czerwoną flagę, ale trochę mi tam brakuje niebieskiego klina. Marzeniem każdego sportowca jest prowadzić swoją reprezentację i skłamałbym mówiąc, że nie. Ale nie jest to temat na teraz, ani z mojej, ani ze strony czeskiego związku. Zainteresowałbym się taką ofertą, ale nie jestem typem człowiekiem, który rzuca się na wszystko. O polskiej propozycji też długo dyskutowaliśmy, przy czym podobało mi się, że polski związek wiedział, czego chciał. Jak w coś wchodzę, to dążę do sukcesu, ręczę swoim nazwiskiem i nie chcę obiecywać, czego się nie da spełnić. Zdecydowanie nie żałuję, że tę ofertę przyjąłem.

Polskich skoczków prowadzi Michal Doležal, Pan z kolei polskich narciarzy. Jak wytłumaczyć, że Polacy łowią trenerów w Czechach?

Nie mam pojęcia. I nie chciałbym się zrównywać z Michalem. Skoczkowie odnoszą wyraźnie większe sukcesy, Michal jest tam dłużej i zważywszy występy skoczków, ma też większą odpowiedzialność. Gdy ja się pojawiłem, polscy biegacze nie mieli żadnych dobrych wyników. Chyba szukali kogoś, kto ich nakieruje. Pewnie los zadecydował, że wskazano na mnie. Wcześniej tam pracował mój wieloletni trener Miroslav Petrásek, choć on był w Polsce tylko rok. Mogło to się jakoś tak połączyć.

Polscy skoczkowie mają świetne warunki, chyba jedne z najlepszych na świecie. Jaka jest wasza sytuacja?

Nie wiem, jakie warunki mają skoczkowie, ale to prawda, że Polska od czasów Adama Małysza to ziemia obiecana skoków. Mają cudowne wyniki, których my nie osiągamy, więc nie mamy też do takich warunków praw. Ale biorąc pod uwagę realia, jestem bardzo zadowolony. W ramach swojej kariery nie miałem nigdzie tak dobrze, może tylko w tych najlepszych latach. Nie mamy na co się skarżyć. Co zaplanowałem, to się odbyło, mamy bardzo zdolnych serwismanów i polepszyło się w temacie wyposażenia. Ze swojej pespektywy jestem absolutnie zadowolony. Od zawodników czasem słyszę jakieś narzekania, ale to pamiętam jeszcze sam jako zawodnik.

Wiele Pan w trakcie swojej kariery osiągnął, a Polacy potrafią wyniki sportowe należycie ocenić. Czy widać, że Pana szanują?

Z dziennikarzami za dużo kontaktu nie mamy. Szczerze mówiąc, ja nawet za bardzo nie szukam, co o nas w polskiej prasie piszą. Z jednej strony to dobrze, bo gdy nam nie wychodzi, nie zajmuje się tym, co kto napisał. Wiem, jaka jest sytuacja. Z drugiej strony, gdy w zeszłym roku polscy kibice dotarli do Nowego Miasta na Morawach, to stworzyli cudowną atmosferę. Jak do nich przyszedłem, witali mnie i dziękowali. Ale dla mnie najważniejsze są wyniki, a czy jestem popularny czy nie, to już nie ma takiego znaczenia.

Jednak gdy widzę, że chłopakom nie działa głowa i są pokonani jeszcze przed startem, to nie ma sensu kontynuować. Najważniejsze, żeby mimo tej ciężkiej pracy, którą wykonują, nie blokowali się tym, że w siebie nie wierzą, co jest pewną specyfiką polskiego narciarstwa. Staram się tworzyć równanie, wedle którego Polak nie równa się z automatu ktoś, kto nie może wygrać wyścigu. Wszystko jest w głowie i nad tym musimy wciąż pracować.

Jak to w ogóle funkcjonuje z polską drużyną? Mówi Pan po polsku, czesku czy może angielsku?

Głównie po czesku i tak w jednej trzeciej używam polskich słów. Jak słowo znam, to chcę go użyć, bo dla mnie jest ważne, żeby chłopacy widzieli, że chcę mówić ich językiem. Miałem nadzieję, że to pomoże zmniejszyć ewentualną barierę. Nasze narody są sobie bardzo bliskie i podobne i ja chciałem, żeby czuli, że jesteśmy na jednej fali. Rozumiemy się. Ale to prawda, że jak przychodzi kryzys i zawodnik w siebie nie wierzy, to przydałoby się bogatsze słownictwo. Jeśli nie wiem, czy zrozumieli, powtarzam dwa trzy razy, a potem pomagam sobie angielskim. Ale nie dzieje się to zbyt często, żebym musiał sięgać po angielski.

Wspominał Pan o własnym zespole maratońskim. Działa wciąż?

Cały czas funkcjonuje. Ważną częścią umowy było to, że nie chcę, żeby zanikł. Że chcę w nim być aktywny, chociaż mniej niż przed przyjęciem polskiej propozycji. Ja jestem tym, kto gwarantuje pozyskanie finansów, mam wpływ na skład, ale o resztę dba już zespół sam. Oczywiście, że jestem z nimi w kontakcie, ale nie zajmuję się tym codziennie. Teraz jestem odpowiedzialny za polską reprezentację.

A jak pańskim maratończykom idzie?

W zeszłym roku utrzymali szóste miejsce. Ostatnie cztery lata byliśmy najlepszą drużyną ze środkowej Europy, przed nami byli tylko Skandynawowie, którzy są kategorią samą w sobie. W tym roku mamy mniejsze sukcesy, ale z drugiej strony sezon jest w cieniu covidu, a to ma na maraton ogromny wpływ. Niedawno zawody odbywały się przy minus dwudziestu siedmiu stopniach i wielu biegaczy miało odmrożenia. Naszym się na szczęście nic nie stało, ale oprócz Katki Smutnej wyniki są poniżej oczekiwań.

autor: Petr Sobol

14.09.2021
Katowice

Panattoni Park Tychy pozyskał dwóch nowych najemców. Pierwszy z nich to wchodzący na polski rynek U-Form, dostawca komponentów dla branży motoryzacyjnej. Drugi to Nodium Group – właściciel sklepów internetowych, który w ramach kompleksu skonsoliduje oraz powiększy swoją dotychczasową powierzchnię magazynową. Firmy wynajęły ogółem 38 tys. m kw. powierzchni.

13.09.2021
Katowice

Sierpień 2021 roku był w Katowice Airport najlepszym miesiącem pod względem liczby obsłużonych podróżnych od początku pandemii koronawirusa, czyli od marca 2020 roku. W trakcie ósmego miesiąca bieżącego roku z siatki połączeń pyrzowickiego lotniska skorzystało 488 948 pasażerów, czyli o 228 640 więcej (+87,8%) niż w tym samym okresie zeszłego roku. Na kierunkach regularnych oferowanych przez linie lotnicze Wizz Air, Ryanair, PLL LOT i Lufthansę odnotowano 202 347 osób, tj. o 48 300 więcej (+31,3%) niż w sierpniu 2020 roku.

13.09.2021
Katowice

Budowa czterech z pięciu odcinków autostrady A1 pomiędzy Tuszynem i Częstochową zmierza ku finałowi. Obecnie kierowcy na całym ok. 80-kilometrowym odcinku korzystają z nowej jezdni, a przed końcem roku będą mieli do dyspozycji obie jezdnie pomiędzy Tuszynem i Piotrkowem Trybunalskim oraz Kamieńskiem i początkiem obwodnicy Częstochowy.

Reklama

spedycja w międzynarodowym i krajowym transporcie drogowym

najbardziej prestiżowy klub na Śląsku, cafe & cocktail bar

ekspozycja historie regionu Liptov i jego okolicy, jego architektury, ...

najstarsze muzeum narodowe w Polsce

wydawca programu i magazynu kultury dla GOP

związek działający niekomercyjnie w dawnej kopalni węgla kamiennego Hlubina

górskie miasteczko dla jej piękno nazywa się tak też „Morawskim Betlejem“...

jest wojewódzką biblioteką publiczną o statusie naukowym...

jest grupą zrzeszającą szkół policealnych w prestiżowych kierunków sztuki i projektowania mody

organizacja miejska i organizator życia kulturalnego w miastu

Reklama

Portal i-Region.eu

na podstawie doświadczenia

Czechy, Kraj morawsko-śląski

Portal i-Region.eu

na podstawie doświadczenia

Czechy, Kraj morawsko-śląski

BONATRANS GROUP a. s., Revoluční 1234, Bohumín

dle zkušeností

Czechy, Kraj morawsko-śląski